Według danych GUS poziom dzietności w Polsce w 2024 roku wyniósł 1,11. Jest to jeden z najniższych wyników w całej Unii Europejskiej i najniższy od czasów II wojny światowej. W 2025 r. urodziło się zaledwie 238 tys. dzieci, czyli o ponad 130 tys. mniej niż dekadę wcześniej. Dla porównania: Czechy mają 1,46, Węgry 1,55, Szwecja 1,45, a średnia unijna to 1,38. Polska od lat jest w europejskiej czołówce spadku liczby urodzeń, ale ostatnie badania pokazują, że sytuacja jest gorsza niż myślano do tej pory. Liczba ludności w Polsce według danych GUS z końcówki 2025 r. to już tylko 37 mln 332 tys.
Co prawda średni wiek życia Polaków wydłużył się i jest najwyższy w historii : mężczyźni żyją średnio 75 lat, kobiety – 82 lata. Dla porównania jeszcze w 2000 roku średni wiek u mężczyzn wynosił około 70 lat, a u kobiet około 78 lat.
Co jest przyczyną tak niskiego poziomu dzietności w Polsce w ostatnich latach? Czy jest na to jakaś recepta?
Przyczyn można szukać z różnych stron. Część opinii twierdzi, że za ten stan odpowiadają aspekty ekonomiczne. Problemy mieszkaniowe Polaków, niestabilność na rynku pracy. Inni próbują wmówić, że za ten stan odpowiada niepewność jutra ze względu na napiętą sytuacje czy to za wschodnią granicą czy na płaszczyźnie globalnej czyli groźba konfliktu zbrojnego. Jeszcze inni, że pomoc finansowa ze strony państwa jest za mała. Licytują się czy dać 500 czy 800 + zwiększyć zasiłki na dziecko, ,,babciowe’’ itd. Jeszcze inni motywowani ideologią twierdzą, że Polki rodzą coraz mniej dzieci ze strachu przed… niemożnością przeprowadzenia aborcji – tak niektórzy uważają, że ,,poziom dzietności w Polsce ma poprawić dostępność usunięcia ciąży na życzenie’’.
W 2015 roku przez rząd Zjednoczonej Prawicy został wprowadzony program 500+, od początku ostro krytykowany przez ówczesną opozycję jako rozdawnictwo i kupowanie głosów i program, na który Polski nie stać. Po latach okazuje się że rządząca dzisiaj koalicja nie tylko nie zlikwidowała tego świadczenia, ale jeszcze je zwiększyła – najpierw do 800+, a rozważa się zwiększenie nawet do 1000 zł. Program stworzył precedens tak silny, że dzisiaj żadna partia walcząca o władzę nie odważyłaby się go zabrać ani nawet uszczuplić bo wie, że straciłaby głosy milionów rodzin. Na chłodno oceniając: program nie poprawił liczny dzietności w Polsce, ale był potrzebny ekonomicznie i stanowił realną pomoc dla setek tysięcy rodzin, zwłaszcza wielodzietnych i najbiedniejszych. Zmniejszył ubóstwo dzieci, dał rodzicom oddech finansowy i ożywił gospodarkę w latach 2016–2020 w stopniu, którego mało kto się spodziewał. Koszt w skali budżetu nie jest aż tak dramatyczny (obecnie około 7% wszystkich wydatków). W przeliczeniu na PKB to jednak tylko 1,5–1,6 %, czyli poziom porównywalny, a nawet niższy w porównaniu do krajów zachodnich, gdzie podobne świadczenia prorodzinne są normą od dekad. Mimo wszystko liczby nie kłamią: dzietność nie wzrosła, a spadła jeszcze bardziej. 500+ (czy 800+) okazało się dobrym plasterkiem na ranę, ale nie wyleczył przyczyny, dla której został stworzony.
Bo problem niskiego poziomu dzietności tak naprawdę leży gdzie indziej.
Jedną z głównych przyczyn jest paradoksalnie zwiększenie zamożności społeczeństwa. Jest to tendencja znana od lat z państw zachodnich. Paradoksalnie im społeczeństwo staje się zamożniejsze, tym bardziej dzieci przestają być postrzegane jako konieczność ekonomiczna czy zabezpieczenie na starość, a zaczynają być traktowane jako kosztowny projekt osobisty – luksus, na który stać tylko tych, którzy są gotowi poświęcić część wolności i wygody. Ta sama prawidłowość od dekad obserwowana jest w krajach zachodnich: im wyższy PKB na osobę i większy poziom edukacji kobiet, tym niższa dzietność. Dawniej posiadanie dzieci było oczywistością, a w czasach naszych dziadków często rodziło się po 5-6 dzieci w jednej rodzinie. Większość społeczeństwa pochodziła ze wsi gdzie potrzebne były ręce do pracy w gospodarstwie i pomoc na starość.
Kolejna przyczyna to niewątpliwie zmiany kulturowe. Żyjemy w czasach indywidualizmu i samolubności, inwestowania głównie w siebie. Kariera czy wizerunek często staje się najważniejszą motywacją dla wielu ludzi. Kobiety coraz później decydują się na dzieci. Nie tak jak jeszcze np. dla porównania w 2000 roku gdzie wiele młodych kobiet zachodziło w pierwszą ciąże w wieku 23 lat -dzisiaj 29 lat. Dzisiaj kobiety chcą skończyć edukacje, często studia, znaleźć stabilne zatrudnienie. W dodatku w mediach, filmach i serialach dominuje kult silnych, niezależnych kobiet bardzo często w sposób przerysowany i na siłę tworzy się bohaterki o męskich cechach charakteru jednocześnie pokazujący mężczyzn jak nieporadnych kretynów. Te wzorce wywierają wpływ na świadomość kobiet, które nie chcą poświęcać się roli żony czy matki.
Problem leży również w mniejszej religijności społeczeństw w tym także Polski. Postępująca laicyzacja też ma duży wpływ na postrzeganie relacji z drugą osobą czy koniecznością założenia rodziny i prokreacji. Dawniej normalną koleją rzeczy był związek, narzeczeństwo, ślub i dzieci. Ludzie dużą wagę przywiązywali do sakramentów, dzisiaj coraz więcej ludzi jest niewierząca lub nawet pomimo tego, iż deklarują się jako wierzący i uczęszczają do kościoła robią tak jak sami uważają za słuszne. Dawny autorytet Kościoła czy nawet lęk przed tym co ludzie pomyślą przestaje mieć znaczenie. Coraz więcej par wybiera nieformalny związek i nie planuje brać ślubu czy mieć dzieci.
Inną przyczyną jest też ogólny problem zaburzenia relacji międzyludzkich i walka z tradycyjną rodziną. Randkowanie przeniosło się w dużej mierze do internetu. Przychodzi do spotkania i ludzie nie wiedzą o czym ze sobą rozmawiać. Można powiedzieć, że mamy do czynienia z epidemią samotności, szczególnie u mężczyzn 30+. Wina leży po obu stronach. Z jednej strony zbyt wygórowane oczekiwania ze strony kobiet, emancypacja i niezależność, a z drugiej strony brak gotowości u mężczyzn do założenia rodziny i wzięcia odpowiedzialności za rodzinę, za dziecko i również niedostosowanie oczekiwań do zmieniającego się świata. Bo związek dzisiaj w dużej mierze oparty jest na partnerstwie i obowiązkach po obydwu stronach.
No i wreszcie problem niepłodności w dzisiejszych czasach. Jeszcze 30–40 lat temu bezpłodność dotyczyła około 10–12 % par. Obecnie szacunki mówią o 15–20 % par w wieku rozrodczym, które mają trudności z zajściem w ciążę (dane Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Endokrynologii). Przyczyn jest wiele: późniejszy wiek podejmowania decyzji o dziecku, stres, spożywanie żywności chemicznie przetworzonej, wpływ otaczającej nas elektroniki, otyłość, brak ruchu ale również zaburzenia hormonalne występujące u obu płci. Według metaanaliz z ostatnich lat (np. z 2023 r. w Human Reproduction Update) koncentracja plemników u mężczyzn w krajach zachodnich i rozwiniętych spadła o ponad 50–60 % w ciągu ostatnich 40–50 lat. W Polsce badania wskazują, że odsetek mężczyzn z prawidłową liczbą plemników zmniejszył się z ok. 80–85 % w latach 90. do 60–65 % obecnie, co znacząco przyczynia się do rosnącej niepłodności par.
Tymczasem politycy od lat prześcigają się głównie w tym, kto da więcej – 500, 800, a może od razu 1000+ – jakby wyższa kwota sama z siebie miała przekonać młode pary do zakładania rodzin. Tymczasem prawdziwa promocja dzietności to nie tylko pieniądze, ale też pokazywanie rodziny jako wartości, skarbu, czegoś pięknego i wartego wysiłku. Badania diagnostyczne, podstawowa endokrynologia, leczenie hormonalne czy procedury wspomaganego rozrodu powinny być szerzej finansowane przez NFZ – płacimy przecież ogromne składki zdrowotne. In vitro również powinno być łatwiej dostępne: prostsze procedury kwalifikacji, wyższe limity refundacji, mniej biurokracji. A politycy wolą mówić o ,,babciowym’’, ,,becikowym’’ niż o tym, co naprawdę blokuje ludzi przed decyzją o dziecku.

