Skoki narciarskie to jedna z moich ulubionych dyscyplin sportowych, którą zacząłem oglądać zanim jeszcze w Polsce było to modne czyli jeszcze kilka lat przed sukcesami Adama Małysza. To ten rodzaj dyscyplin, którą lepiej obserwować w cieple domowego zacisza przed telewizorem niż osobiście uprawiać bo może skończyć się tragicznie. Potrzeba wielu lat treningu, odpowiedniego drogiego sprzętu i przede wszystkim wielkiej odwagi by usiąść na belce i skoczyć. Właśnie to w niej fascynuje, że jest nieosiągalna dla zwykłego śmiertelnika i ociera się o igranie z losem a jednocześnie jest w tym coś bajkowego. Szczególną kwintesencją tej dyscypliny są tzw. loty narciarskie czyli zawody na tzw. ,,mamuciej skoczni’’. Zawsze z utęsknieniem czekałem szczególnie na zawody na zakończenie sezonu w Planicy czy Mistrzostwa Świata w Lotach co 2 lata. Nie inaczej miało być tym razem, jednak w ostatnich latach głównie ze względu na brak sukcesów polskich skoczków, decyzji FIS-u, wprowadzeniu mnóstwa przeliczników odnoszę wrażenie, że tegoroczne mistrzostwa w Oberstdorfie przeszły zupełnie bez echa i to mimo skandalu, który wydarzył się w konkursie drużynowym, o czym w dalszej części artykułu.
Konkurs indywidualny zakończył się koncertem jednego skoczka- Domena Prevca, który jak wiadomo wielkim lotnikiem jest nie od dziś, ale to jego pierwszy tego typu tytuł w karierze. Zwycięstwo 59,5 punktu na drugim Norwegiem Mariusem Lindvikiem, trzeci Ren Nikaido z Japonii. Nasi skoczkowie niestety odnotowali jeden z najsłabszych występów od lat- jedynie Piotr Żyła zakończył mistrzostwa w pierwszej ,,30” – na miejscu 15. Nie jest to dobry prognostyk w kontekście zbliżających się Igrzysk Olimpijskich .
Mimo to bardzo dalekich skoków powyżej 230 metrów było jak na lekarstwo. W głównej mierze winna temu była pogoda i wiatr wiejący w plecy, a następnego dnia gęsto padający śnieg. Mimo tego jury konkursu nie zdecydowało się odpowiednio wydłużyć belki startowej by uatrakcyjnić te zawody. W dodatku doszło do wspomnianego wyżej skandalu. Już w konkursie indywidualnym jury robiło co mogło by pozbawić Domena Prevca zwycięstwa obniżając przed jego skokami belkę najpierw aż o 4, potem o 3 stopnie co jest wyjątkiem. Owszem bezpieczeństwo jest najważniejsze, ale nic nie przemawiało za aż takim skróceniem rozbiegu. Nie jest to pierwszy raz gdzie jury potrafi odebrać całą atrakcyjność zawodów złym ustawieniem belki.
Najgorsze dopiero wydarzyło się w konkursie drużynowym, gdzie Słowenia była jednym z faworytów nawet do złota. Przed skokiem Lindvika doszło do niecodziennej sytuacji – po rozbiegu zjechały czyjeś narty (które swoją drogą skoczyły dalej niż zdarzało się Robertowi Mateji niegdyś ;-). Okazało się, że były to narty Prevca, które nie wiadomo jakim cudem się tam znalazły, prawdopodobnie zostały źle zabezpieczone. Zawody przerwano, usterkę w minutę naprawił sztab słoweński, ale jury uznało, że skończył się czas i nie pozwolono na oddanie skoku Prevcovi. Nie pomogły protesty, Słowenia została wycięta z walki o medale. Zwykle w takich sytuacjach pozwolono oddać zawodnikowi skok później, ale nie tym razem. Oczekiwanie na rozpoczęcie drugiej serii przedłużyło się o kilkanaście minut w stosunku do pierwotnego planu. Mieliśmy sprzeczne komunikaty, najpierw o wykluczeniu Słoweńców, potem że jednak pozwolą Domenowi oddać swój skok, by na końcu pozbawić go jednak tej próby. Późniejsze skoki przypominały już zawody na standardowej skoczni z nielicznymi próbami poza 200 m. Tryumfowali Japończycy przed Austrią i Norwegią. Polacy fatalnie na 8 miejscu.

Po raz kolejny organizatorzy są największym hamulcowym tej dyscypliny powodując spadek zainteresowania kibiców. Wspomniane wyżej przeliczniki, które nie zawsze oddają prawdziwe warunki na skoczni, dziwne noty za styl, które często daje się za nazwisko, dyskwalifikacje o dosłownie milimetr niezgadzający się na kombinezonie, czy właśnie tzw. ,,taniec z belką’’.
Wystarczy, że jakiś skoczek, który jest w ostatnich tygodniach w świetnej formie, świetnie skakał na treningach i w kwalifikacjach skoczy kilka metrów przed rozmiarem skoczni i już panika, belka leci w dół, a potem jak się okazuje czołówka nie potrafi doskoczyć do przyzwoitej odległości. Szczególnie wielka ostrożność zachowana jest podczas lotów narciarskich. Bicie rekordów świata przypomina trochę walkę w policjanta i złodzieja, gdzie jakiś niegrzeczny skoczek walczy o najdłuższe odległości zanim Jury zdąży go dopaść obniżając mu belkę. Paradoksem jest, że w tych samych czasach RedBull buduje tymczasową gigantyczną skocznie na Islandii gdzie Ryoyu Kobayashi leci na odległość 291 metrów i okazuje się że można to zrobić w bezpieczny sposób. Mamy mnóstwo sportów ekstremalnych takich jak. m. in. zjazdy ze zboczy gór, skoki z samolotów, akrobatyczne pokazy lotnicze, a mimo to skoki narciarskie zatrzymały się na pewnym poziomie reglamentacji i kalkulacji .
Czy skoki przeżyją jeszcze kiedyś odrodzenie? Potrzebna jest ujednolicenie przepisów zarówno co do not za styl, wprowadzenie identycznych kombinezonów, sprzętów zawodników, klarowne przepisy dotyczące ustawiania belki oraz przeliczników za wiatr i przede wszystkim dla polskiego kibica – pojawienie się skoczka na miarę Adama Małysza czy Kamila Stocha.

