Zgodnie z zapowiedzią wracamy do historii rocka. Dzisiaj pora na jego ostrzejszą, ciemniejszą i znacznie głośniejszą wersję. Mowa o heavy metalu – gatunku obok którego ciężko przejść obojętnie. Dla wielu naszych rodziców i babć do dziś pozostaje on postrachem dla ich uszu i synonimem „darcia mordy”, szatana, długich włosów oraz demoralizacji młodzieży. Jednak heavy metal to o wiele więcej niż tylko hałas i cała mroczna otoczka. To także historia wspaniałych zespołów, kultowych utworów i płyt, które pokazały, że muzyka nie musi tylko uspokajać i bawić – może jednocześnie uderzać ciężarem, zachwycać melodyjnością, głębią i poruszać ważne tematy zwykłych ludzi.
W dzisiejszym artykule przyjrzymy się zespołom, które w latach 70. zapoczątkowały heavy metal. Była to dekada, z którą większość naszych rodziców młodość kojarzy raczej z Abbą, Boney M. i szeroko rozumianą muzyką pop i disco. Jednak w tym czasie narodził się też zupełnie inny, dużo cięższy gatunek. Ten lęk przed muzyką, której tak naprawdę nie znali, wynikał głównie z tego, że w tamtym czasie w Polsce metal postrzegano jako produkt „zgniłego Zachodu”. W efekcie praktycznie nie miał dostępu do oficjalnych mediów i nie był promowany. Są jednak i tacy, którzy w tamtych latach przeżywali swoją rockową młodość i do dziś z sentymentem wracają do ciężkich brzmień, pozostając ich wiernymi fanami.
Choć do dziś historycy i fani spierają się, w którym dokładnie momencie narodził się heavy metal. Wielu z nich wskazuje na przełom lat 60. i 70. Gatunek wyłonił się z blues rocka i rocka psychodelicznego, gdy kilka zespołów zaczęło grać głośniej, ciężej i bardziej agresywnie. Już pod koniec lat 60-tych pojawiła się wyraźna moda na coraz cięższe brzmienia. Jimi Hendrix szokował świat dzikimi, przesterowanymi riffami i niespotykaną wcześniej ekspresją gitary. Zespoły takie jak Blue Cheer i The Who brutalnie miażdżyli dźwiękiem, a wielu uważa ich za prekursorów tego, co później stało się heavy metalem. Jednak największy krok naprzód pod koniec tej dekady zrobił zespół Led Zeppelin. Ich debiutancki album z 1969 roku połączył bluesowe korzenie z monumentalnym pełnym energii brzmieniem. Mimo wszystko był to jeszcze tzw. hard rock – ciężki, bluesowy i potężny, ale wciąż nie do końca ten mroczny i złowrogi heavy metal, który miał nadejść chwilę później.
A prawdziwy przełom przyszedł z szarego, przemysłowego Birmingham – miasta w Anglii. Tam w 1968 roku czterech chłopaków z robotniczych rodzin założyło zespół, który uznaje się za oficjalnego prekursora heavy metalu. Nazwę Black Sabbath zaczerpnęli od tytułu horroru, który zobaczyli w kinie. To właśnie Black Sabbath uznawani są dziś za ojców heavy metalu. Przełom nastąpił w 1970 roku, kiedy wydali swój debiutancki album. Mimo, że zespól ten kojarzony jest najbardziej z jego pierwszym wokalistą czyli Ozzym Osbourne’em (zmarłym w zeszłym roku) to jednak brzmienie zawdzięcza swojemu gitarzyście – Tony’emu Iommi. Jego historia jest dość nietypowa bo w młodości stracił końcówki dwóch palców w wypadku w hucie. Zamiast rzucić granie na gitarze, stworzył sobie własne protezy i zaczął stroić gitarę by brzmiała niżej, by granie nie sprawiało mu bólu. Prawdopodobnie praca w fabryce i dźwięki, które towarzyszyły mu na co dzień były jedną z inspiracji do powstania brzmienia, które tak bardzo kojarzy się z Black Sabbath – mroczne, ciężkie i surowe brzmienie połączone z charakterystycznym wokalem Ozzy’ego stworzyło styl, który uznaje się za narodziny heavy metalu.
Zespół celowo budował kontrowersyjny, okultystyczny wizerunek. Wywoływało to w tamtych czasach ogromną krytykę i oskarżenia o promowanie satanizmu. W rzeczywistości Black Sabbath nie gloryfikował zła. Ich utwory często poruszały zupełnie inne, bardzo ludzkie tematy: traumę i okrucieństwo wojny (,,War Pigs’’), strach przed nuklearną zagładą (,,Children of the Grave’’), problemy społeczne jak ubóstwo, narkotyki (,,Hand of Doom’’ czy ,,Snowblind’’), alienacja czy problemy psychiczne (,,Paranoid’’) czy o wyborze między dobrem i złem (,,Heaven and Hell’’).

Równolegle do Black Sabbath, w 1970 roku swój wielki przełom zaliczyła inna formacja z Wielkiej Brytanii – Deep Purple. Chociaż założony w 1968 roku zespół był już dość rozpoznawalny to dopiero ich czwarty album „Deep Purple in Rock” na dobre wpisał ich w historię ciężkiego rocka. Płyta była głośna, pełna energii i wirtuozerii. Charakterystyczne dla Deep Purple stało się połączenie krzykliwego głosu Iana Gillana, organów Jona Lorda oraz błyskotliwej, szybkiej gry na gitarze Ritchie’ego Blackmore’a. Ich muzyka była bardziej dynamiczna, żywiołowa i techniczna niż mroczny, wolniejszy Black Sabbath. Deep Purple udowodnili, że ciężka muzyka może być jednocześnie melodyjna, skomplikowana i koncertowo widowiskowa.
Zespół najbardziej kojarzony jest z utworem ,,Smoke on the Water’’ wydanym w 1972 r. na albumie ,,Machine Head’’. A przecież na tym się nie kończy ich repertuar bo zespół stworzył oprócz tego masę klasyków takich jak np. ,,Hush’’, „Child in Time”, „Highway Star”, „Black Night” , czy późniejsze „Perfect Strangers”.
Mimo sporych sukcesów Deep Purple nie uniknęli konfliktów wewnętrznych i w 1976 roku rozpadli się. Powrócili w 1984 roku i mimo zmian w składzie grają do dziś. Sam miałem okazję zobaczyć ich na żywo kilka lat temu. To już oczywiście nie ta forma co w latach 70., ale klimat wciąż jest.
Choć zespół bardziej uznawany jest za ikonę hard rocka niż metalu to niewątpliwie takie zespoły jak Deep Purple na początku lat 70-tych położyły fundamenty pod cięższe granie i do dziś są inspiracją dla wielu czołowych zespołów metalowych.

Nie można również zapomnieć o wspomnianych wcześniej Led Zeppelin – kolejnego ważnego przedstawiciela brytyjskiej fali cięższego grania w tamtych czasach. W przeciwieństwie do wielu zespołów z tamtego okresu, Led Zeppelin przez cały czas swojej działalności – od powstania w 1968 roku aż do rozpadu w 1980 – grali w niezmienionym składzie: Jimmy Page, Robert Plant, John Paul Jones i John Bonham.
Nazwa Led Zeppelin definiuje ich właściwie ich styl. Led – jako skrót od Lead (ang. ołów) czyli synonim ciężkości i Zeppelin zaczerpnięte od nazwiska niemieckiego konstruktora sterowców – Ferdinanda Grafa von Zeppelina- jako synonim czegoś lekkiego unoszącego się w powietrzu. To połączenie ciężkiego z lekkim definiowało styl tej grupy. Zespół ten łączył nie tylko ciężkie gitarowe brzmienia, ale w swojej twórczości wplatał również różne inne style muzyczne takie jak blues, folk czy funk. Dzięki temu ich utwory były bardziej różnorodne i często wychodziły poza typowe ramy „ciężkiego grania”.
Chyba każdy kojarzy najsłynniejszy utwór balladę ,,Stairway to Heaven’’, ale posiadają w swoim repertuarze wiele innych klasyków takich jak np. „Whole Lotta Love”, „Immigrant Song”, ,,Since I’ve Been Loving You’’ czy „Kashmir”.
Ich wpływ na rozwój cięższego grania to nie tylko sama muzyka. To także ogromne widowiskowe koncerty na stadionach oraz styl życia, który dla wielu stał się symbolem rock’n’rollowej wolności – z całą jego mocno imprezową otoczką. Zespół rozpadł się po tragicznej śmierci perkusisty – Johna Bonhama i poza paroma koncertami okolicznościowymi nigdy nie wrócił do czynnej działalności.

Wśród pionierów cięższego grania często wymienia się także Uriah Heep. Zespół wyróżniał się bardziej melodyjnym podejściem, charakterystycznym brzmieniem organów i rozbudowanymi harmoniami wokalnymi. Choć dziś formacja jest nieco zapomniana, to w latach 70. mieli swój wyraźny wkład w rozwój ciężkiego rocka.
Nie byłoby heavy metalu, gdyby nie cała otoczka i subkultura, która zaczęła się wokół niego tworzyć na przestrzeni kolejnych lat. Bo metal to nie tylko muzyka – to także sposób bycia, wygląd i pewien bunt wobec świata. W latach 70. zaczęła kształtować się charakterystyczna estetyka: skórzane kurtki, ćwieki, długie włosy, motocykle i koncerty pełne energii. To była muzyka bardziej bezpośrednia, surowa, często odbierana jako „męska”, ale przede wszystkim szczera i bezkompromisowa. To właśnie w tamtym okresie zaczęły się też pojawiać charakterystyczne symbole i gesty, jak choćby słynne „rogi”, spopularyzowane przez Ronnie’go Jamesa Dio – legendarnego wokalisty takich zespołów jak Rainbow, Black Sabbath czy Dio.
Na tej fali pojawiły się kolejne ważne zespoły, które jeszcze mocniej pchnęły ten gatunek do przodu. Judas Priest nadali muzyce większej szybkości i ostrości, a przy okazji w dużej mierze ukształtowali wizerunek metalowca, który do dziś kojarzy się ze skórą i ćwiekami. Chwilę później na scenie pojawili się Motörhead, którzy dorzucili do tego jeszcze więcej brudu, hałasu i bezkompromisowej energii. Ich styl był prostszy, bardziej surowy, ale przez to jeszcze bardziej bezpośredni. Ogromną rolę odgrywał tu charyzmatyczny lider zespołu – wokalista i basista – Lemmy Kilmister. To wszystko sprawiło, że zespół jest ikoną nie tylko dla fanów, ale też dla wielu muzyków.

Pod koniec lat 70. obok rodzącej się wówczas muzyki punk zaczęła się też nowa fala brytyjskiego heavy metalu, z której wyłonił się m.in. Iron Maiden. Ich muzyka była bardziej rozbudowana, melodyjna, ale nadal ciężka i dynamiczna. To już był moment, w którym metal zaczął się dzielić na różne kierunki i podgatunki i rozwijać w wielu stronach. W kolejnej dekadzie z tej energii narodziły się jeszcze ostrzejsze odmiany – jak np. thrash metal – kojarzony m.in. z zespołem Metallica (historia tego zespołu to temat na osobną historię). Z czasem gatunek rozszedł się jeszcze szerzej – od bardziej przystępnych form, jak kolorowy i komercyjny glam metal, po skrajnie ciężkie i mroczne odmiany, takie jak black metal czy death metal, które sięgały po dużo bardziej ekstremalną tematykę i brzmienie.

Oczywiście, jak w każdej subkulturze, także w metalu nie brakowało ciemniejszych stron – narkotyków, skandali i kontrowersji. Część zespołów (szczególnie black i death metalowych) świadomie odwoływałuje się do satanizmu i antyreligijnych motywów, co przyczyniło się do nadania całemu metalowi łatki „niebezpiecznej muzyki”, choć podobne zjawiska występują zresztą w całym show-biznesie, jednak to właśnie metalowi najczęściej przypina się łatkę muzyki groźnej, podczas gdy mainstreamowy pop uchodzi za „grzeczny” i salonowy.
Heavy metal może dziś nie króluje w radiach i nie jest już muzyką pierwszego wyboru dla mas, ale jego fenomen polega na tym, że mimo braku promocji w mediach potrafi do dziś zapełniać wielkie stadiony, a bilety wyprzedają się w parę godzin. I może właśnie na tym polega jego siła – nie potrzebuje promocji, bo od początku broni się sam muzyką, emocją i autentycznością. I właśnie dlatego ponad pięćdziesiąt lat później wciąż ma swoją armię wiernych fanów.

